Ostatnio zaczął mnie nękać temat bezpieczeństwa materiałów, które są wykorzystywane przez producentów odzieży dziecięcej. Szczególnie tych, które są poddawane dość wysokiemu działaniu temperatury - czyli między innymi folie typu flex oraz flock. Temat pojawił się po rozmowie z moim znajomym, który 8 godzin dziennie spędza przy gorących prasach produkując półki samochodowe w jednej z zagranicznych firm, którą nie tyle z powodów kryptoreklamy co z nienawiści do tejże marki nie przytoczę... tfuu mać po trzykroćset...!
Bo przecież większość tych słodziaśnych nadruków na odzieży dziecięcej powstaje przy bardzo dużej temperaturze w prasach - więc kiedy myślę sobie... folia + wysoka temperatura + dzieci... myślę sobie... jest tu jakieś ryzyko mendelejewa. I tu moim zdaniem powstaje dość duży problem. Wprawdzie wszystkie materiały muszą posiadać certyfikat, dzięki któremu mogą być stosowane przy produkcji tekstyliów (również w termoobróbce) czy jednak samo posiadanie certyfikatu potrafi uciszyć podszepty mojej świadomości? No nie potrafi jak widać. I tak siedziałem i zastanawiałem nad całym tym tematem.
Bo przecież produkcja samej podstawy odzieży (bawełny) odbywa się w warunkach, w których większość z nas (o ile nie całość) nie odważyła by się zjeść kanapki. No nie wiele tam sterylności zapewne. Nie pomijając transportu, przechowywania... i tak dalej. Ale dobra myślę... zostawiam to na razie i skupiam się jedynie na samym procesie wgrzewania nadruków za pomocą gorących pras. Przecież opary które się z nich wydobywają potrafią zapewne doprowadzić do żarzenia się nocnego każdego kto para się tym procederem. Nie wiem ile czasu spędziłem myśląc o tym temacie, ale wiem że zdążyłem zgłodnieć. I nie wspominał bym nawet o tym gdyby nie fakt, że mój głód stał się odpowiedzią. Z braku chleba sięgnąłem po batonik... taki czasy... łatwiej o smaczny batonik niż smaczną kromkę chleba... I nadeszło oświecenie mego otumanionego konsumpcyjnego umysłu. Toż przecież plastiki i folie stały się tak nieodzownym elementem życia każdego dziecka, że nadruk w wysokiej temperaturze czegokolwiek co będzie blisko ciała jest niczym w porównaniu z tym... co serwujemy szkrabom codziennie... opakowanego w przekolorowane, zafarbowane, zafoliowane, zgrzane i wystawione na publiczną pokusę tuż na wysokości oczu brzdąców. Nie usprawiedliwiam i nie uciszyłem głosu sumienia... po prostu zdałem sobie sprawę, że szukanie niebezpieczeństwa w produktach przeznaczonych dla dzieci, musiałbym rozpocząć od tego, co faktycznie i w największym stopniu jest im w stanie zaszkodzić, a bez czego jednocześnie żyć nie mogą... jedzenia... i miłości aż samo się dodaje...